Pokazywanie postów oznaczonych etykietą milosc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą milosc. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 września 2016

Ósmy - "Jedna noc"

10 maja, wtorek



Stanęłam przed lustrem poprawiając dół dżinsowej sukienki. Może nie wyglądałam jak na co dzień, ale też nie chciałam sprawiać wrażenia wystrojonej. Zdecydowanie nie było w tym nic złego, że chciałam ładnie wyglądać. Jednak czułam się nieswojo i miałam ochotę znowu wskoczyć w szary dres.
Nie stroiłam się dla Karola.
Odwróciłam się i przygryzając wargę spojrzałam na leżącą na stole książkę, a na niej plastikowy pojemnik z dwoma porcjami ciasta czekoladowego, które ozdobiłam malinami. Może powinnam po prostu odnieść mu książkę i darować sobie ciasto, albo poczekać aż sam po nią przyjdzie udając, że nawet jej nie zauważyłam.
Usiadłam zrezygnowana. Czułam się jak nastolatka, która boi się zrobić pierwszy krok. Pierwszy raz przyszło mi do głowy, że być może celowo zostawił u mnie swoją książkę. Westchnęłam patrząc na zegar. Wskazywał 12:18. Osiemnaście minut stania przed lustrem i zastanawiania się czy dobrze wyglądam i czy to, co zamierzam robić to zwykła sąsiedzka uprzejmość czy też coś więcej.
Czy gdyby Karol był dobrym, troskliwym i kochającym mężem czekałabym z niecierpliwością na kolejne spotkania z Adamem? A może byłby tylko sąsiadem, który czasem zagaja na temat pogody i o którym nie wiem nic.
Sięgnęłam po karteczkę samoprzylepną i czarnym długopisem zapisałam: Dziękuję za pomoc i za wszystko. Mam nadzieję, że lubisz ciasto czekoladowe. Smacznego. Włożyłam ją do książki w tym samym miejscu gdzie tkwiła zakładka i zatrzymując się przy bawiącej w łóżeczku Blance powiedziałam:
- Mama zaraz wróci. Jednak dzisiaj nigdzie nie pójdziemy.
Na szczęście nie było zbyt ciepło, ani słonecznie, więc pozostawienie książki i smakołyku na nowym stole sąsiada nie ryzykowało rozpuszczeniem ciasta.
Wróciłam do domu i przebrałam się w szary dres. Nie powinnam była kusić losu. Adam był przystojnym, samotnym mężczyzną, a ja mężatką, choć nie do końca szczęśliwą kobietą. Ewidentnie nas do siebie ciągnęło, ale chyba powinnam przystopować. I nie dlatego, że tego nie chciałam, ale dlatego, że wciąż miałam męża. I nawet, jeśli on nie był uczciwy wobec mnie, ja nie zamierzałam w jakikolwiek sposób przyczyniać się do rozpadu naszego małżeństwa.



Tuż po obiedzie temperatura znacznie podskoczyła do góry, a ja stwierdziłam, że to dobry pomysł żeby rozwiesić pranie na podwórku. Karol jak zwykle leżał na sofie, co jakiś czas ucinając sobie chwilowe drzemki, z których wybudzała go Blanka gaworząc podczas oglądania bajki.
Wyszłam na dwór w tym samym momencie, gdy Adam wjechał na podjazd. Choć na pierwszy rzut oka nie wyglądał zbyt dobrze, szybko na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Cześć, dziękuję za ciasto. Przywołałaś smak mojego dzieciństwa.
- Hej, cieszę się. Mam nadzieję, że to oznacza, iż smakowało.
- No jasne, niemal identyczne jak ciasto mojej mamy - uśmiechnął się z lekką nostalgią w spojrzeniu. - Opłacało się zapomnieć książki.
Przez chwilę miałam wrażenie, że właśnie ugryzł się w język i stało się niemal pewne dla mnie, że książkę zostawił celowo. Roześmiałam się jedynie, bo kątem oka dostrzegłam jak Karol zatrzymuje się przy oknie w kuchni na chwilę, a potem znika przyłapany. Choć w zasadzie to ja poczułam się jak przyłapana, mimo, że zwyczajnie zamieniłam kilka słów ze sąsiadem.

Gdy wróciłam do domu, Blanka została sama w salonie, a Karol krzątał się po kuchni. Miałam cichą nadzieję, że tylko widział, a nie słyszał naszą krótką rozmowę. Nie byłam pewna czy okno w kuchni było zamknięte. Usadowiłam małą w łóżeczku tak by mieć na nią widok z kuchni i lekko poddenerwowana dołączyłam do męża. Wiedziałam, że robię źle. Nie powinnam mieć wyrzutów sumienia, a jednak miałam. Starałam się ukrywać relacje z Adamem przed Karolem, a więc usprawiedliwianie się, że jest on tylko miłym sąsiadem przestawało na mnie działać. Zdecydowanie coraz bardziej go lubiłam.
- Chyba dobrze się już znacie, co? - Spytał stojąc oparty o blat kuchenny z nadgryzionym jabłkiem w ręku.
- Spędzam tyle czasu w domu, więc to normalne, że znam naszych sąsiadów.
- Nie zauważyłem byś kiedykolwiek tak ochoczo rozmawiała z panią Bogną.
Spojrzałam na niego z przekąsem.
- Może, dlatego, że ona niemal wcale nie wychodzi z domu?
Pani Bogna to schorowana staruszka, którą trzy razy dziennie odwiedza opiekunka, a w weekendy przyjeżdżają do niej dorosłe już dzieci z wnukami. Kiedy byłam jeszcze szczerbatą sześciolatką częstowała mnie irysami ilekroć tylko spotkałam ją na dworze i wtedy faktycznie była rozmowną osobą, ale z wiekiem stała się bardziej zmęczona i małomówna, aż wreszcie przestała wychodzić z domu. To tylko potwierdzało to jak mało Karol wie o naszej okolicy.
- To fakt, dawno jej nie widziałem.
Przewróciłam oczami przygotowując podwieczorek dla Blanki. Cały ten czas czułam uważne spojrzenie Karola na sobie. Irytowało mnie to, bo gdyby on chociaż coś mówił, a nie tylko gapił się jakby czekał aż zacznę się tłumaczyć.
      Nie zamierzałam tego robić.
- O czym rozmawialiście? – Spytał chłodno.
W mojej głowie nagle zaczął się istny chaos. Miałam mu powiedzieć, że podzieliłam się z nim ciastem czekoladowym, a w zasadzie był to dowód wdzięczności za opiekę nad Blanką, podczas gdy ja mogłam się wreszcie wyspać? Nie wiedziałam też czy sprawdza mnie, czy naprawdę nie wiedział, o czym rozmawialiśmy.
Zawsze wyznawałam zasadę, że kiedy nie wiesz, co powiedzieć, mów prawdę, ale tym razem miałam co do tego wątpliwości. Nie chciałam by Karol miał jakiekolwiek powody do zazdrości, ale skoro już tyle przed nim ukryłam to wychodziło na to, że powinien je mieć.
- O pierdołach – odparłam starając się brzmieć tak jakby pogawędka z Adamem nie miała dla mnie najmniejszego znaczenia.
Karol roześmiał się szyderczo.
- Coś nie tak? – Spytałam przekładając kaszkę malinową do różowej miseczki.
- Nic, po prostu nie pierwszy raz widzę, że rozmawiacie. Może jestem zazdrosny – odparł złowrogo. – Całymi dniami lub nocami mnie nie ma, więc mam prawo się martwić widząc, że przy nim promieniejesz, a jak tylko pojawiłaś się w kuchni to pochmurna i niewesoła.
Odwróciłam się zaskoczona. Nie sądziłam, że promienieję w obecności sąsiada. Naprawdę ucieszyłam się, że przypomniałam mu dzieciństwo smakiem ciasta. Rzadko, kiedy słyszę coś pochlebnego od swojego męża, więc nie dziwne, że cieszę się, gdy ktoś obcy mnie docenia.
- Po prostu dziękował mi za ciasto, którym go wczoraj poczęstowałam. Cieszę się, że ktoś docenia to, co robię. Mimo, że to nic wielkiego.
Karol jeszcze bardziej się rozzłościł wyczuwając aluzję, co do jego braku zainteresowania i obojętności. Chyba to bardziej zabolało go niż sama rozmowa z sąsiadem i podarowanie mu ciasta. Nie pytał o więcej, więc nie zamierzałam go wtajemniczać w resztę.
- Uważasz, że jestem złym mężem?
- Nie mogę tego powiedzieć. Nie krzywdzisz mnie, ale... – Westchnęłam widząc jego zszokowane spojrzenie jakbym właśnie burzyła jego idealną wizję naszego nieidealnego małżeństwa. – Twoja obojętność i niezaangażowanie jest chyba tak samo bolesne.
- Czyli jestem zły – warknął. – Tylko, w czym on jest lepszy ode mnie?
- Na litość boską! – Odstawiłam miseczkę z kaszką na blat. – Nie mieszaj w to Bogu ducha winnego sąsiada, tylko przejrzyj na oczy. Próbowałam jakoś zażegnać nasz kryzys i wydawało mi się, że sukcesywnie. Ale to było chwilowe i naprawdę nie wiem już, co mam robić żeby było dobrze, jak dawniej. A Ty teraz doszukujesz się w tym mojej winy, snując jakieś chore scenariusze. Ale to nie nasz sąsiad jest tutaj przyczyną, a Twoje bierne tkwienie w tym, co razem stworzyliśmy. Więc jeśli uważasz, że coś jest nie tak to najpierw przyjrzyj się sobie.
Odebrało mu mowę, ale byłam dumna z siebie, że wygarnęłam mu wszystko, co do tej pory kłębiło mi się w głowie. Sięgnęłam po kaszkę dla Blanki i zostawiłam go samego w kuchni. Wiedziałam, że nawet, jeśli miałam rację i on też to dostrzegł, to dzisiaj nie usłyszę z jego ust żadnego słowa. Czy to miałoby być przyznanie racji, skrucha, czy inny zarzut, on dzisiaj nie schowa swojej męskiej dumy do kieszeni.
I nie myliłam się, już po chwili usłyszałam trzaśnięcie drzwiami. W głowie przemknęły mi chwile z dnia naszego ślubu. Jego pełne zachwytu spojrzenie, gdy zobaczył mnie w długiej, kremowej sukni. Jego wzruszenie, gdy zakładał mi na palec złotą obrączkę. Jego szczęśliwe, zaspane spojrzenie, gdy obudziliśmy się o poranku po raz pierwszy, jako małżeństwo. Dziś tego nie było, nawet namiastki. A na wspomnienie o tym czułam pustkę, rozrywającą mnie w środku.
Nie chciałam wiedzieć gdzie zamierzał pójść, ale miałam nadzieję, że potrzebuje być sam ze sobą by wszystko przemyśleć i wysunąć właściwe wnioski.

Oby właściwe.

https://www.youtube.com/watch?v=nNsZVO6Yy0k

czwartek, 1 września 2016

Szósty - "Jedna Noc"

4 maja, środa


Po rodzinnej majówce nie zostało już śladu. Zegar wskazywał 5:10. Karol nie dawno wyszedł do pracy, a ja wierciłam się na łóżku walcząc z bezsennością. Czułam się beznadziejnie, bo potrzebowałam snu, a mój umysł jakby nie zgrywał się ze zmęczonym ciałem. Tym bardziej, że Blanka w ostatnich dniach lepiej sypiała i budziła się po nawet po ósmej. Miałam okazję, by się wyspać, ale najwidoczniej moje serce i rozum zmówiły się przeciwko mnie. Jak nigdy, działają razem. Jednak żeby nie było za pięknie, zgadzają się tylko w kwestii spania.
Wstałam po cichu udając się do kuchni. Wczoraj mój mąż sprawił mi prezent. W zasadzie już nie będę musiała się martwić i zaglądać, co chwilę do sypialni czy Blanka śpi. Kamerka EyeOn Baby wyposażona w czujniki dźwięki i ruchu powinna zawsze informować mnie, kiedy maleństwo potrzebuje mojej uwagi. Miałam nadzieję, że mnie nie zawiedzie. Wczoraj cały dzień testowaliśmy ją razem, dzięki czemu spędziliśmy miły wieczór na sofie w salonie.
Karol uznał, że ostatnio jestem zbyt nerwowa i może to choć trochę przyczyni się do zniwelowania moich nastrojów, bo będę mieć więcej czasu na myślenie o sobie. Szkoda, że nie dostałam jej od razu po urodzeniu Blanki, ale jak to mówią lepiej późno niż wcale. Swoją drogą zaskoczył mnie tym prezentem. Poczułam się pierwszy raz od dawna doceniona. Sam pomyślał o tym, że potrzebuję więcej spokoju, a nawet pomyślał o nas.
Zaparzyłam kawę i choć Karol miał tylko cztery dni wolnego, zdążyłam się przyzwyczaić i nalałam jej do dwóch kubków. Gdy pracuje, wspólne śniadania nie wchodzą w rachubę.
Na dworze było naprawdę przyjemnie. Zapowiadał się kolejny słoneczny dzień. Narzuciłam na koszulę nocną ciepły sweter bawełniany sięgający niemal do kolan i usadowiłam się na huśtawce wpatrując się w ekran tabletu, na którym widziałam spokojnie śpiąca Blankę.
To był naprawdę trafiony prezent.
Wzięłam głęboki oddech delektując się rześkim, porannym powietrzem jednocześnie wsłuchując w świergot ptaków. To była magia chwili. Przerwał ją dźwięk otwierających się drzwi w garażu sąsiada, którego po chwili zobaczyłam. I wcale nie miałam mu za złe, że zatrzymał moje rozkoszowanie się porankiem w samotności. Przecierał oczy ciężkimi ruchami, jakby wciąż spał.
- Hej, masz może ochotę na kawę? – Spytałam radośnie, co ewidentnie go zaskoczyło.
Spojrzał na mnie uśmiechając się lekko.
- Cześć, z chęcią się napije – ziewnął, ale ewidentnie budził się do życia.
Bez zastanowienia odłożyłam swój kubek i przyniosłam kolejny. Całe szczęście nie użyłam tego ze zdjęciem mojego męża, a zupełnie przypadkiem wzięłam ten z napisem „dear friend”. Mimo wszystko, gdy tylko zobaczyłam sąsiada, od razu pomyślałam o drugiej kawie. Nie bez powodu zaparzyłam je dwie.  A może lepsza wersja to taka, że kawa się nie zmarnuje. Dwie z rana dla mnie to za dużo, mimo, że uwielbiam ją pić.
Poklepałam dłonią miejsce obok siebie na huśtawce zachęcając Adama, by usiadł, co nieco go speszyło, lecz o dziwo mnie nie. Mimo to, nie odmówił. Przez chwilę w mojej głowie krążyła myśl, że może to faktycznie było nieodpowiednie, a kubek mogłam mu po prostu podać przez dzielący nas płot. Jednak tylko przez chwilę.
- Pyszna – oznajmił upijając pierwszy łyk. – Po twoim dobrym nastroju wnioskuję, że kolacja się udała – spojrzał na mnie uważnie. - Mówiłem jednak, że nie powinnaś przesadzać z gałką muszkatołową.
Oboje wybuchliśmy śmiechem.
- Postawiłam jednak na krewetki. Obyło się bez omamów.
- To dobrze. Wasze zdrowie – uniósł kubek swojej kawy, po czym stuknęliśmy nimi o siebie wnosząc toast za moje małżeństwo.
Wznosiłam toast za moje małżeństwo. Z sąsiadem. Przystojnym jak cholera. Biłam się za to po twarzy, w myślach oczywiście.
- Jak minął ci weekend majowy? – Spytałam patrząc przed siebie i wdychając świeże powietrze mieszające się z zapachem kawy i jego cytrusowymi perfumami.
- W porządku – odparł obojętnie. – W końcu obejrzałem cały ostatni sezon Breaking Bad. Wypiłem kilka piw z kumplem z pracy – roześmiał się blado wzruszając ramionami, co oznaczało, że nie do końca był zadowolony ze swojego weekendu. – Twój rozumiem był o wiele ciekawszy.
Szturchnął mnie lekko w ramię, a ja poczułam się jakbym siedziała nie z nowym sąsiadem poznanym tydzień temu, a z najlepszym przyjacielem z dzieciństwa.
- Skłamałabym mówiąc, że nie. Dziękuję za podsunięcie pomysłu – faktycznie się udał, aczkolwiek nie było idealnie. Może więc trochę kłamałam. Chociaż nie powinnam była narzekać.
- Wychodzi na to, że krewetki są idealne na zażegnanie kryzysu małżeńskiego.
- Mówiąc precyzyjniej, są wstępem do jego zażegnania. Plus wino.
Roześmiał się i przez chwilę obydwoje wpatrywaliśmy się przed siebie. Zupełnie bez skrępowania ciszą. Nie było w tym nic niezręcznego, wręcz przeciwnie.
- Ładna róża – powiedział z podziwem.
Przez chwilę szukałam jej w ogródku, ale szybko uświadomiłam sobie, że mówi o róży wytatuowanej na moim przedramieniu. Jest dosyć duża i w zasadzie nie sposób jej nie zauważyć. Zwyczajna, bez kolorowych wypełnień z lekko wystającymi listkami. Choć mimo swej prostoty każdy uważa, że jest urocza.
- Mam ją już prawie dwa lata. Zrobiłam go trochę z głupoty.
- Dlaczego? – Spytał wciąż się w nią wpatrując.
- Chciałam pokazać Karolowi, że jestem spontaniczną osobą, bo według niego taka nie byłam i zrobiłam tatuaż. Nieco wcześniej podsłuchałam jak rozmawiał z przyjacielem i uznali, że tatuaże róż u kobiet są seksowne, więc podchwyciłam pomysł.
- I zmienił zdanie?
- Nie – pokiwałam głową nieco zawstydzona – stwierdził, że się oszpeciłam. Ale mnie się podoba. Pamiętam jak zły był wtedy, że w ogóle o niczym mu nie powiedziałam. I była to pierwsza rzecz, o którą się pokłóciliśmy. A gdy wspomniałam o jego rozmowie z Pawłem powiedział, że po prostu przytaknął mu by ten skończył rozmowę o tatuażach.
- Ja nie jestem ich fanem, ale ten naprawdę mi się podoba. Pasuje ci – lekko musnął swoimi delikatnymi palcami wytatuowany fragment mojego ciała, a ja poczułam dreszcze przechodzące po moim ciele. Wewnątrz ogarnęło mnie przyjemne ciepło.
Unieśliśmy spojrzenia w tym samym momencie patrząc sobie w oczy. Ja lekko onieśmielona, on zakłopotany swoją nazbyt spontaniczną reakcją. Odwróciliśmy wzrok od siebie i nagle cisza stała się kompletnie krępująca. W dodatku teraz uzmysłowiłam sobie jak blisko siedzimy i poczułam się niemal naga w samym swetrze, który nie sięgał mi nawet do kolan.
- Dziękuję za kawę – oznajmił wstając. – Ale na mnie pora. Mam jeszcze parę spraw do załatwienia.
- Nie ma za co. Do zobaczenia.
Uśmiechnęłam się, ale wcale nie chciałam by już szedł. Nie mogłam mu tego jednak powiedzieć. Bałam się, że każda kolejna sekunda przyniesie więcej spojrzeń. Więcej bólu w stłumionych przez żądzę dotyku ciał.
- Do zobaczenia – pożegnał się patrząc na mnie z przejęciem, po czym odwrócił się i zniknął w swoim domu.
Wciąż czułam lekkie podekscytowanie. I zażenowanie. Odniosłam wrażenie, że uciekł. Ale to lepiej. Postąpił mądrze. Z każdą rozmową przekraczaliśmy pewną granicę. I choć całe zajście było przyjemne, nie powinno być takie dla mnie. Widziałam w nim zbyt wiele rzeczy, które sprawiały, że przestawał być dla mnie tylko sąsiadem, a stawał się kimś więcej. Kawa o poranku ramię w ramię, jego dotyk, spojrzenie. Nie zaplanowałam tego i  spodziewam się, że on też nie. Jednak to wszystko miało miejsce. I to wszystko było niewłaściwe, zważywszy na to, że niedawno naprawiłam relacje z mężem. Przede wszystkim przez to niewłaściwe, że jestem mężatką.
To, że tydzień temu potrzebowałam zainteresowania i zrozumienia było zupełnie normalne. Jednak dzisiaj nie powinnam była doprowadzić do tego, by ta rozmowa obrała taki tor. Mogłam zakończyć to zwykłym dzień dobry, jak minął ci weekend majowy...
A jednak szukałam więcej...


czwartek, 4 sierpnia 2016

Drugi - "Jedna noc"


27 kwietnia, środa


Cały ranek obiecałam sobie, że gdy Blanka zaśnie i ja utnę sobie małą drzemkę by nabrać siły na resztę dnia, jednak pogoda była tak piękna, że postanowiłam zrelaksować się na drewnianej huśtawce ogrodowej, którą dziesięć lat temu zrobił mój dziadek. Zawsze mi o nim przypominała. Uwielbiałam na niej przesiadywać, gdy przychodziłam do dziadków. Chyba każdy lubił. Kiedyś stały przy niej jeszcze drewniany  stolik i dwa krzesła, które też wykonał mój dziadek stolarz, ale teraz stał w garażu, a na nim jakieś skrzynki z narzędziami Karola. 
Po śmierci dziadka i babci odziedziczyłam ten dom. I byłam im wdzięczna za to, że podarowali mi kawałek miejsca na ziemi. Co wieczór dziękowałam im z to, mając nadzieję, że słyszą moje myśli tam na górze.
     Moja matka większość życia spędziła w szpitalu, jako chirurg, a ojciec był zawieszony pomiędzy swoim światem chemika, wykładając na uniwersytecie, a rodziną, więc dużo czasu spędzałam z dziadkami. Tutaj, w moim własnym już domu. Byłam ich jedyną wnuczką. Chyba dlatego kochali mnie ze zdwojoną siłą, a ja wciąż tęskniłam tak samo mocno. 
Zaparzyłam drugą już dzisiaj kawę i sięgnęłam po książkę Lisy Gardner „Kochać mocniej” mając nadzieję, że uda mi się zanurzyć w kryminalnej powieści, chociaż na godzinę. Jednak nim otworzyłam lekturę, wystawiłam twarz ku słońcu przymykając powieki. Tego mi brakowało. 
Ciszy, spokoju i słońca. 
- Dzień dobry – usłyszałam nieco zaspany głos sąsiada.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam Nowego z białym kubkiem kawy w ręku. Stał oparty o plastikowy czarny stół pozostawiony przez poprzednich lokatorów. Ubrany w jasne sprane dżinsy i niebieską flanelową koszulę, pod która bez wątpienia skrywał umięśnione ciało, wyglądał niczym bohater amerykańskiego filmu. 
- Dzień dobry – uśmiechnęłam się. 
- Jak córeczka?
- Już lepiej. Właśnie śpi. W końcu udało mi się przespać aż pół nocy. 
- Uroki macierzyństwa? – Spytał zamyślony, po czym lekko potrząsnął kubkiem kawy i napił się.
- Jeden z wielu – odparłam. - Dobrze, że dzieci czasem decydują się zasnąć wtedy można pozwolić sobie na chwilę relaksu.
- Bardziej docenia się wtedy takie momenty.
- O tak. A ty masz dzieci? 
Choć byłam już pewna, że mieszka sam, a na palcu nie nosi obrączki, to nie znaczyło, że właśnie tutaj rozpoczyna drugie życie, a gdzieś tam żyje jego była kobieta i być może dzieci. Wyglądał na starszego ode mnie. Ten scenariusz nawet pasował do mężczyzny, który postanowił zakupić mały domek na osiedlu oddalonym od tętniącego życiem miasta, gdzie większość mieszkańców była grubo po pięćdziesiątce.
- Nie, ale mój brat ma. Czasem jego żona opowiadała o tych urokach, gdy rozmawiamy przez Skype – uśmiechnął się. – Mieszkają w Kanadzie.
- To daleko. 
- Mieszka tam też mój ojciec. Większość krewnych, choć nie mam ich za wielu. Tato jest jedynakiem, mama też była. 
- Więc co ty robisz w Polsce?
- Żyję, pracuję. Tutaj jest moje miejsce. Mimo że jestem sam – wziął głęboki oddech i wbił wzrok w czubek swoich czarnych trampek. 
-Czym się zajmujesz? – Miałam wrażenie, że jestem nieco ciekawska, ale od zawsze lubiłam zadawać dużo pytań. A ostatnimi czasy nie miałam za bardzo komu.
- Jestem informatykiem. Pracuję w firmie telekomunikacyjnej... – mówił o tym przez chwilę, ale uśmiechnął się zorientowawszy, że kontynuowanie tego, co robi dokładniej jako administrator systemu nie ma sensu, bo informatyka jest dla mnie czarną magią. – A Ty, czym się zajmowałaś zanim stałaś się mamą?
Swoją drogą, nie sądziłam, że informatycy mogą być tak przystojni. Do tej pory kojarzyli mi się z wychudzonymi okularnikami w obciachowych ciuchach po dziadku. I nawet nie przeszkadzało mi, że mówi o czymś co jest dla mnie obce. Po prostu chłonęłam każde jego słowo, jakby na zapas. Gdybym kiedyś znowu miała czuć się wyalienowana w własnym domu.
- Pracowałam jako przedszkolanka. Niezbyt skomplikowane.
- Przypuszczam, że czasem grupka dzieciaków jest tak samo trudna do ogarnięcia jak informatyka.
- Do tej pory trafiałam na spokojne grupy.
- Czy były to niemowlęta?
Roześmiałam się mając nadzieję, że mój śmiech nie dotarł do domu i nie zbudził Blanki ani śpiącego Karola po pracy. 
- Nie, trzylatki. Uwierz potrafią być bardziej spokojne niż niemowlęta, a przynajmniej większość z nich potrafi określić, dlaczego płacze.
- I śpią w nocy. 
- Zapewne tak – spojrzałam na niego przepraszająco, bo na samo wspomnienie o spaniu zaczęłam ziewać. W dodatku usłyszałam jak Karol otwiera drzwi od łazienki. Mimo, że nie robiłam niczego złego nie chciałam by zastał mnie rozmawiającą z nowym, przystojnym sąsiadem. A może bardziej obawiałam się, że wyjdzie na zewnątrz i powie coś głupiego. – Pójdę sprawdzić czy Blanka się nie zbudziła. Miłego dnia.
Ostatnie zdanie niemal wyszeptałam. Zabrałam ze sobą kubek z zimną i niedopitą kawą wylewając ją do zlewu. Widziałam jeszcze jak Adam odprowadza mnie wzrokiem, zdecydowanie niezadowolony, że postanowiłam już pójść. Karol stał przy lodówce popijając mleko z kartonu. Spojrzałam na niego. Próbowałam przypomnieć sobie, kiedy ostatnio przytulił mnie na powitanie, albo powiedział zwykłe cześć, nie wspominając już o buziaku. Nasze małżeństwo zaczęło się zwężać jedynie do wspólnego mieszkania, wspólnego łóżka, które służyło już jedynie do spania i wspólnych odwiedzin rodziców. Nic poza. Żadnych spontanów, chwil uniesienia. Nic. 
Nawet teraz. Jakby mnie nie było. Zero reakcji.
- Jak było w pracy? 
Moje pytanie totalnie go zaskoczyło. 
- W porządku – odparł sięgając po bagietkę. 
Oczekiwałam jakiegoś pytania zwrotnego. Jednak nic. Zero. Jakbym w ogóle już go nie obchodziła.
- Tak, Blanka nie spała w nocy, ale to nic, kolejna noc nieprzespana. Która z kolei? Już nie wiem. Czuję się źle, ale dziękuję, że pytasz.
Nóż, którym smarował bagietkę wypadł mu z dłoni na podłogę. Odwrócił  się patrząc na mnie tępym wzrokiem, a ja czekałam na płacz Blanki. Brzęk upadającego sztućca na pewno ją zbudził. Jednak zanim to nastąpiło usłyszałam jego pretensjonalny ton głosu:
-O co ci chodzi? Byłem w pracy i dopiero, co otworzyłem oczy. Myślałem, że wiesz, z czym wiąże się macierzyństwo.
- A czy tacierzyństwo nie istnieje? – Syknęłam udając się do małej.
Nici z relaksu i książki, nici też z drzemki. Pokłóciłam się z mężem, ale przynajmniej porozmawiałam chwilę z sąsiadem. Zawsze to jakiś miły akcent w ciągu dnia.




Pierwsza wiosenna burza właśnie dobiegła końca. Na dworze było niemal cicho, od czasu do czasu słychać krople deszczu odbijające się od okna. Zbliżała się dwudziesta, Blanka zasnęła, a jedyne, na co miałam ochotę to gorąca kąpiel. Nie mogłam pozwolić sobie na nią, gdy byłam sama w domu, bo nie miałam pewności, że mała się nie zbudzi, gdy tylko zmoczę palce stóp w wodzie. Karol miał wolny dzień, więc nic nie stało na przeszkodzie. I pomyśleć, że zwykłe czynności kiedyś, podczas macierzyństwa zamieniają się w wyzwanie. Wyjęłam czysty ręcznik z szafy i weszłam do salonu gdzie mój mąż leżał na kanapie oglądając mecz piłki nożnej. 
- Idę wziąć kąpiel. Gdyby Blanka się przebudziła, zajrzysz do niej? – Spytałam cicho stojąc tuż za nim i malując kółka opuszkami palców prawej ręki na oparciu sofy.
- Jasne, ale pospiesz się, bo za dwadzieścia minut wychodzę – rzucił mi krótkie spojrzenie.
- Wychodzisz?
- Umówiłem się z Pawłem w pubie. Postaram się wrócić w miarę szybko.
Paweł to jego kumpel  jeszcze z czasów podstawówki. Lubię go i nie mam nic przeciwko, ale widziałam go już tak dawno jak zapewne dawno widział go Karol. To oczywiste, że w końcu kiedyś musieli się znowu spotkać. Gdy się poznaliśmy wychodził z nami w każdy weekend. Byli trochę jak Flip i Flap, ale po naszym ślubie i przyjściu na świat Blanki, ich wyjścia na piwo stały się coraz rzadsze. Jednak zdziwiło mnie, że wybrali sobie środowy wieczór. 
Karol odwrócił się ponownie patrząc na mnie już nie zdawkowo, ale uważniej.
- Coś nie gra? Tylko jedno piwo.
- A kiedy mnie poświęcisz wolny wieczór? 
Nie podobało mi się, w jakim kierunku podążało nasze małżeństwo. Kiedyś nie musiałam go pytać czy spędzi ze mną wieczór. A jeszcze bardziej nie podobało mi się to, że nasze poranne spięcie dla niego już nie istniało. Żadnego powrotu do tematu, rozmowy, pogodzenia. 
Karol roześmiał się i wstając ze sofy zmierzwił moje jasne blond włosy w odcieniu popielu. 
- Wrócę niebawem – odparł znikając w kuchni. 
Wiedziałam dobrze, że jeśli powiedział, że wychodzi za 20 minut to tak zrobi, ani nie wcześniej ani nie później. Czas mojej kąpieli wyraźnie się skrócił. Byłam zła, bo  całym popołudniem wyobrażałam sobie jak godzimy się wieczorem, jemy kolację, pijemy wino i idziemy do łóżka, a jeśli wszystko poszłoby po mojej myśli, to moje wyobrażenia zmieniłby kolejność. Ruszyłam za nim.
- Pamiętasz, kiedy ostatnio się kochaliśmy? – Skrzyżowałam dłonie na piersiach.
Cała sytuacja widocznie go bawiła, na jego twarzy widniał idiotyczny uśmiech. Zmrużył oczy udając, że myśli.
- Bawi cię to, prawda? 
- Nigdy nie sądziłem, że kiedyś będziesz się domagać seksu. Do tej pory było wręcz odwrotnie – nalał wody do szklanki i wypił ją duszkiem.
- Tutaj nie chodzi tylko o seks Karol – powiedziałam stanowczo, a on spojrzał na mnie pretensjonalnie. – Brakuje mi ciebie, wspólnych chwil, rozmów. Czuję się jakbym była zamknięta w klatce. 
- Nie planowaliśmy dziecka, ale ktoś musi być w domu, a ktoś pracować. Nigdy nie będzie już jak dawniej, pogódź się. 
Westchnęłam z rezygnacją. Wciąż nie pojmował, co miałam na myśli, albo tylko udawał. Czułam się kompletnie zignorowana. Postawiona poza nawiasem. 
      -Ale czy to znaczy, że ma być tak nijak?
Karol żałośnie przewrócił oczami.
- Życie.
- Wpadliśmy w rutynę...
- Luiza, do cholery, przestań mi tu nawijać o jakiejś rutynie! – Wrzucił szklankę do pustego zlewu jakby była co najmniej z papieru. – Pomyśl wreszcie. Jestem zmęczony pracą, biorę dodatkowe godziny żeby niczego nam nie brakowało, a ty wymyślasz tutaj jakieś farmazony.
Poczułam jak do oczu napływają mi łzy. Dla niego to wszystko brednie, a ja głupia proszę się o miłość, na którą on nie ma czasu. 
- Niczego nam nie brakuje, wciąż dostaję zasiłek, mamy własny dom... Te nadgodziny nie są tak konieczne.
- Nie mam ochoty już tego słuchać. Zbieram się do wyjścia, na razie.
Znowu ruszyłam za nim patrząc jak ubiera granatową wiatrówkę, wsuwa czarne air-maxy i trzaskając drzwiami, opuszcza dom bez słowa, bez spojrzenia.
Nienawidziłam takich chwil, gdy wychodził z domu po kłótni bez pogodzenia się. Zdarzyło nam się to może raz, albo dwa i to w czasie, gdy byłam w ciąży i buzowały we mnie hormony. Wkurzałam go i wiedziałam o tym, że wtedy moje zachowanie było bezsensowne. Dzisiaj wiem, że mam rację i nie są to żadne dyrdymały. Po prostu uciekł przed byciem szczerym i albo już mu na mnie nie zależało albo... sama nie wiem jak to tłumaczyć. 
 Oparłam się o ścianę w przedpokoju starając się uspokoić. Byłam cała w nerwach. W salonie otwarłam szufladę z ważnymi dokumentami i wyjęłam ukrytą paczkę papierosów miętowych. 
Zanim zaszłam w ciążę lubiłam od czasu zrelaksować się przy papierosie. Patrzeć na dym, podążać za nim, wychwytywać moment jak znika. Iluzja. Zrezygnowałam z nich całkowicie, gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, ale zawsze miałam ukrytą tę paczkę. Na czarną godzinę. I chyba teraz właśnie nadeszła.
Zerknęłam do Blanki. Wciąż spała spokojnie. Zostawiłam uchylone drzwi i usiadłam na huśtawce w ogródku, wcześniej sprawdzając czy nie jest mokra od deszczu. Odpaliłam papierosa czując się jak nastolatka, która robi coś złego, a co jednocześnie daje jej przyjemność. 
Oczy miałam lekko wilgotne od łez. Dym zaczął mnie szczypać. Odzwyczaiłam się. 
- Nie do twarzy ci z papierosem – usłyszałam po drugim zakrztuszeniu się dymem.
- Naprawdę? – Spytałam z sarkazmem w głosie.
- Generalnie uważam, że kobieta i papieros to złe połączenie – nowy sąsiad odpowiedział spokojnie kładąc karton pełen książek i płyt CD na stole.
W ogóle mnie to nie obchodziło, co myślał. Nie miałam ochoty na dyskusję, co jest dobre, a co złe i co przystoi mężczyznom, a co kobietom nie, jednak, gdy zobaczyłam jego szczery uśmiech, zmiękłam i przestałam mieć ochotę na bycie niemiłą. 
- W zasadzie nie palę prawie od 2 lat, po prostu się zdenerwowałam – zgasiłam papierosa o mokrą kostkę brukową starając się uśmiechnąć, ale marnie mi to wychodziło.
- Coś się stało? – Spytał zaklejając karton taśmą. 
- Nic takiego, mała sprzeczka z mężem – wzruszam ramionami.
Przytaknął głową ze zrozumieniem, a ja uświadomiłam, że pewnie nie jest w garażu od paru minut, a dłużej i zapewne słyszał podniesione głosy przez uchylone okno w kuchni, a potem trzaśnięcie drzwi i odjeżdżający samochód.
Przeklęłam pod nosem, co odwróciło jego uwagę od klejenia kartonu. Uzmysłowiłam sobie, że Karol pojechał samochodem, a przecież miał spotkać się z Pawłem przy piwie. Miałam nadzieję, że wróci taksówką.
- W porządku? 
- Tak. I nie – dodałam po chwili. – Nigdy nie sądziłam, że kryzys małżeński dopadnie nas tak szybko.
  Z głębi garażu dochodziła cicha muzyka. Piosenka Kings of Lyon „Pyro” idealnie pasowała do ciszy po burzy.
- To poważna sprawa – przyznał, po czym przerwał zębami taśmę klejącą i spojrzał jednocześnie  w moim kierunku. Sama nie wiedziałam czemu, ale ta zwykła czynność wydała się być dla mnie tak zniewalająca, że czułam jak się zarumieniłam. Albo po prostu zaczynałam wariować z braku bliskości z mężem i dostrzegałam atrakcyjne aspekty nawet w prostych rzeczach.
- Nie dla mojego męża. Według niego wszystko jest w porządku.
- Może powinnaś go uświadomić. 
- Próbowałam, ale chyba widziałeś jak to się skończyło. 
Adam napisał coś czarnym markerem na kartonie i umieścił je w bagażniku swojego samochodu, po czym zabrał się za zaklejanie następnego, którego zawartości już nie zdążyłam dostrzec.
- Znowu się przeprowadzasz? – Spytałam przyłapując się na rozżaleniu w głosie.
- To tylko coś w rodzaju porządków. Mam za dużo pierdół – odparł z lekką konsternacją.
Jednak w poprzednim pudle dostrzegłam różowy notatnik i moją ulubioną powieść Cecelii Ahern „Zanim cię poznałam”. Nie sądziłam, że jakikolwiek facet lubuje się w tego typu powieściach i kolorach notatników. Wyglądało to na porządki po kobiecie, tylko zastanawiające było to, że wprowadził się tutaj sam, a te rzeczy jakimś cudem się tu z nim znalazły. Zżerała mnie ciekawość, jednak nie chcąc być wścibską sąsiadką spytałam tylko:
- Długo jesteś sam? 
Zaskoczyłam go. Wyglądał jakby nie miał pojęcia, o co pytam, a z domu zaraz wyjdzie jego równie zjawiskowa kobieta. Odwrócił się, znowu przerywając taśmę zębami, czego tym razem nie zobaczyłam, a potem odpowiedział:
- To już jakiś rok. 
Wyraźnie sposępniał, a ja poczułam  się głupio. Widocznie wciąż musiało to być dla niego bolesne, bez względu na to, w jaki sposób i dlaczego odeszła. Choć miałam wrażenie, że od początku w jego sposobie mówienia znajdowała się pewna rezerwa. Bez wątpienia pakowanie rzeczy byłej kobiety może nie należeć do przyjemnych. 
Znowu pomyślałam, że te głupie. Skoro tak długo nie są razem, dlaczego pakuje je teraz? Albo był aż tak sentymentalny i dopiero teraz stwierdził, że pora o niej zapomnieć raz na zawsze, albo... Los sam zmusił go do porządków. Chyba nie chciałam pytać go teraz w jaki sposób się rozstali, bo sądząc po jego smutku na twarzy, on sam też nie za był skory do rozmowy na ten temat. 
- Przepraszam, jestem zbyt ciekawska.
- Nie, to nic złego, że pytasz. Jesteśmy nowymi sąsiadami, normalne, że chcemy coś o sobie wiedzieć. 
Uśmiechnęłam się z wyraźną ulgą. 
- Może powinnaś zaskoczyć jakoś męża, tak wiesz, żeby zobaczył, że wcale nie musi być bezbarwnie, a przy okazji zmięknie – zmienił temat, po czym zamknął bagażnik. Wyglądało na to, że skończył już porządki.
- Cały czas liczyłam na to, że on to zrobi. Może jednak masz rację i powinnam przejąć ster. Tylko, co jeśli to nie podziała?
- Myślę, że powinnaś zmienić tok myślenia na bardziej pozytywny. 
- A jeśli i to nie pomoże to znaczy, że kryzys małżeński jest zaawansowany.
Zabawne jak szybko rozładował napięcie podsuwając mi pomysły na kolację. Okazało się, że poza informatyką lubi też gotować i wie, jakie przyprawy najlepiej wykorzystać do romantycznej kolacji. Powinnam wiedzieć, że gałka muszkatołowa działa w małych ilościach, bo jeśli przesadzę może wywołać halucynacje. A jeśli chcę rozbudzić wyobraźnię to najlepsze będą owoce morza: krewetki lub ostrygi. 
Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, aż znowu zaczął padać deszcz, a ja uświadomiłam sobie, że Blanka w tym czasie mogła się obudzić. Pożegnaliśmy  się w pospiechu chowając za drzwiami przed nadchodzącą ulewą.
Na szczęście mała spała słodko jak suseł. Wzięłam szybki prysznic zamiast upragnionej kąpieli i położyłam się wygodnie w łóżku tak by mieć małą na oku. Sobotni wieczór powinien być idealny na kolację dla dwojga. A najlepiej gdyby mama zgodziła się zająć Blanką przez ten czas. Może wreszcie uda mi się rozładować napięcie panujące między nami już od dobrego miesiąca i pokażę mu, że bycie rodzicami nie ogranicza nas w żaden sposób od przyjemności. 
Zasnęłam szybko, lecz obudził mnie Karol wsuwający się do łóżka. Nie miałam pojęcia, która może być godzina. Odwróciłam się w jego stronę, ale położył się plecami do mnie. Lekko go objęłam, kładąc dłoń w okolicy obojczyka, ale nawet nie drgnął. Przybliżyłam się znacznie wtulając twarz w jego plecy i czując jego bicie serca przy swoim policzku. Zwykle nawet po jednym wypitym przez niego piwie wiedziałam, że pił, bo ja sama ograniczałam ilości alkoholu do jak najmniejszych, a więc łatwiej było mi wyczuć jego woń. Dziwne było tylko to, że nie wywęszyłam nic. Nic, poza nieznajomym mi zapachu żelu pod prysznic. Brzoskwinia... Nie lubiłam tego zapachu. I teraz drażnił moje nozdrza. 
Głęboki oddech Karola oznaczał, że zasnął. 
Ja nie mogłam. 
Gwałtownie podniosłam się z łóżka, a potem wolnym i bezszelestnym krokiem udałam się do łazienki. Przejrzałam szafkę z kosmetykami w łazience, ale nie znalazłam niczego, co mogłoby, chociaż trochę przypominać zapachem brzoskwinię.
Wróciłam do łóżka wsłuchując się na przemian w oddechy córki i męża.
Popadałam w paranoję. Zmyślam. Karol miał rację. Mam zbyt dużo czasu na myślenie.